Biznes 3 min czytania

System dobrze opłacanych „dobrowolnych odejść” w BMW wymknął się spod kontroli i trzeba było go wstrzymać. Odejść chcą… najlepsi pracownicy

pracownicy bmw
Fot. BMW

Koncern BMW musiał natychmiast wstrzymać program dobrowolnych odejść, ponieważ wewnętrzny portal zgłoszeniowy zawalił się pod naporem chętnych pracowników. Niemiecki producent samochodów oferował odprawy sięgające nawet 650 tysięcy euro, licząc na ograniczone zainteresowanie. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, a sytuacja ujawniła poważny problem systemowy, z którym od dekad zmaga się niemiecki przemysł motoryzacyjny.

Stabilność, która odeszła w przeszłość

Przez dziesięciolecia niemiecki przemysł motoryzacyjny uchodził za symbol wyjątkowej stabilności zatrudnienia. Zdobycie posady w monachijskim BMW oznaczało praktycznie zabezpieczenie pracy aż do emerytury. Pracownicy trzymali się swoich stanowisk z determinacją, a fluktuacja kadr była minimalna.

Jednak wymuszona politycznie transformacja w kierunku elektromobilności, spadająca sprzedaż na rynku chińskim oraz ogólna utrata konkurencyjności Niemiec diametralnie zmieniły tę sytuację. Atmosfera w koncernach motoryzacyjnych zagęściła się do tego stopnia, że kiedy zarząd BMW zaprezentował plan dobrowolnych odejść, doświadczył szoku, po którym najwyżsi menedżerowie będą dochodzić do siebie jeszcze przez długi czas.

Program oszczędnościowy i hojne odprawy

W ramach działań oszczędnościowych BMW ogłosiło zamiar likwidacji około 8 tysięcy miejsc pracy do końca 2027 roku. Aby uniknąć kosztownych sporów z wpływowymi związkami zawodowymi, zarząd uruchomił program dobrowolnych odejść z wyjątkowo atrakcyjnymi odprawami, które w przypadku pracowników o najdłuższym stażu mogły przekroczyć astronomiczną kwotę 650 tysięcy euro.

Menedżerowie prawdopodobnie zakładali, że będą musieli żmudnie poszukiwać chętnych wśród pracowników administracji i inżynierów, tak jak bywało to zawsze w przeszłości. Jak jednak informuje Bayerische Rundfunk, rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te oczekiwania.

Portal zablokowany przez falę chętnych

Wewnętrzny portal do zgłoszeń nie wytrzymał naporu pracowników, którzy natychmiast próbowali opuścić tonący okręt, dopóki mogli zrobić to „dobrowolnie”. System zawiesił się pod ciężarem zgłoszeń, a przerażony zarząd był zmuszony natychmiast wstrzymać cały program.

Pracownicy nie zawahali się ani chwili, a liczba chętnych do odejścia z koncernu była na tyle duża, że mogłaby sparaliżować funkcjonowanie firmy. Ten masowy „szturm na kasę” w BMW pokazuje nie tylko, że czasy kurczowego trzymania się pracy w niemieckich koncernach motoryzacyjnych bezpowrotnie minęły, ale ujawnia także fatalny błąd systemowy, którego wciąż zdają się nie dostrzegać kierownicze umysły zajmujące się inżynierią społeczną w firmach.

Scenariusz zawsze jest identyczny i podwójnie tragiczny dla samej firmy. Jako pierwsi po pieniądze sięgają bowiem zawsze najzdolniejsi, najinteligentniejsi i najlepiej wykwalifikowani pracownicy. Powód jest prosty – nie obawiają się o swoją przyszłość. Wiedzą, że mając miliony na koncie i doskonałe CV z BMW, znajdą nową, często lepiej płatną pracę niemal natychmiast, albo założą własny, dochodowy biznes. Zgarniają pieniądze i odchodzą bez oglądania się za siebie.

Kto zostaje w firmie?

Kto więc zostaje w firmie, zaszyty i unikający zwracania na siebie uwagi? To właśnie pracownicy drugiego szeregu. Osoby ukryte w strukturach korporacji, znane raczej jako profesjonalni uczestnicy spotkań i konsumenci kawy, albo tacy, którzy doskonale zdają sobie sprawę ze swoich ograniczeń i realnego braku atrakcyjności na otwartym rynku pracy. Ci logicznie się obawiają, nie zgłaszają się do programu i będą trzymać się swoich stanowisk jak kleszcze.

Efektem takiego menedżerskiego „geniuszu” jest zwykle sytuacja, w której firmie pozostaje jedynie balast kadrowy, kluczowe know-how znika, a zarząd po pewnym czasie odkrywa, że do realnej pracy musi zatrudniać nowych ekspertów – nierzadko te same osoby co wcześniej, tyle że w roli zewnętrznych konsultantów z drastycznie wysokimi stawkami godzinowymi. Sytuacja powtarza się jak za dotknięciem czarodzińskiej różdżki.

Brak wiary w przyszłość marki

Najgorszą wiadomością dla całego niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego jest jednak wspomniany fakt, że pracownicy nie widzą przyszłości w pracy dla BMW. Kiedy sami pracownicy w tak masowej skali dają do zrozumienia, że wolą wziąć gotówkę do ręki i zniknąć, niż wiązać swoje życie zawodowe z przyszłym kierunkiem rozwoju marki, jest to dla marki z Monachium o wiele poważniejsze ostrzeżenie niż jakiekolwiek niepokojące dane sprzedażowe czy ekonomiczne.