Biznes 4 min czytania

Szef Ferrari upokorzył włoską dumę. Jego zachwyt nad Teslą wywołał niespodziewaną falę oburzenia

prezentacja ferrari luce
Fot. Ferrari | Benedetto Vigna najbardziej z prawej

Szef Ferrari Benedetto Vigna publicznie pochwalił nową generację Tesli Roadster, przyznając amerykańskiej firmie najwyższą możliwą ocenę za technologię i prezentację. Wypowiedź, cytowana przez agencję Reuters, padła w momencie, gdy sama marka z Maranello zmaga się z falą krytyki po nieudanej premierze swojego pierwszego elektrycznego modelu Luce. Słowa Vigny wywołały wśród fanów Ferrari prawdziwą burzę oburzenia.

Pochwała, która zaskoczyła branżę

Na pierwszy rzut oka deklaracja Benedetta Vigny brzmi jak gest sportowej klasy – uznanie sukcesu konkurenta. Szef Ferrari ocenił nową Teslę Roadster oraz sposób jej prezentacji na dziesięć punktów na dziesięć możliwych. Problem w tym, że słowa te padły w bardzo specyficznym momencie dla obu producentów, co każe spojrzeć na nie zupełnie inaczej.

To właśnie Ferrari, włoska ikona definiująca przez dekady kanon samochodów sportowych, powinno zdaniem wielu komentatorów szokować świat przełomowymi konstrukcjami. Tymczasem to firma z Maranello zapisała się ostatnio w historii głównie dzięki dziwacznemu spektaklowi PR-owemu oraz porażce projektowej, przy której amerykański gracz – mimo własnych potknięć – wygląda jak przybysz z innej galaktyki. W tym kontekście deklaracja Vigny zaczyna przypominać raczej gorycz niż szczere uznanie.

Spektakularna premiera Tesli Roadster

Kiedy Elon Musk zaprezentował niedawno produkcyjną wersję Tesli Roadster, publiczność motoryzacyjna pozostała w osłupieniu. Pokaz przypominał scenę rodem z filmu science fiction – Roadster unosił się nad innymi modelami marki dzięki dyszom na sprężone powietrze dostarczonym przez SpaceX, a jazda „do góry nogami” z wykorzystaniem potężnego efektu przyssawkowego zrobiła ogromne wrażenie.

Tesla, firma z zaledwie dwudziestoletnią historią i garstką modeli w ofercie, faktycznie przesunęła granice tego, co wydawało się możliwe, tworząc pokaz, o którym długo będzie się mówić w branży.

Fiasko premiery Ferrari Luce

Odpowiedzią Maranello na elektryczną rewolucję miał być model o nazwie Luce – pierwszy w pełni elektryczny samochód w historii marki. Zamiast zachwytu publiczność i krytycy przyjęli go jednak falą drwin. Auto o nieforemnych proporcjach porównywano bez ogródek do jajka na kółkach lub taniego Nissana Leaf, a samą premierę opisuje się jako kuriozalnie spiętą i nieudolną.

Jak wynika z bezpośrednich relacji uczestników wydarzenia, Ferrari traktowało podczas odsłonięcia Luce obecnych dziennikarzy niemal jak zakładników, by żaden z nich nie odważył się napisać otwartej krytyki. Mimo surowych embarg i prób pełnej kontroli nad opinią publiczną, włoska nowość i tak nie uniknęła masowej fali negatywnych ocen.

W tym świetle pochwała skierowana pod adresem Tesli jawi się wielu obserwatorom jako wyraz czystej desperacji. Vigna zapewniał wprawdzie, że nad designem Luce pracowało zewnętrzne studio LoveFrom i że liczba zamówień spełnia oczekiwania firmy, jednak rzeczywistość mówi co innego.

Ferrari radykalnie tnie plany elektryczne

Pod presją malejącego zainteresowania elektrykami Ferrari musiało drastycznie zweryfikować swoją strategię. Pierwotny cel, zakładający, że do 2030 roku samochody elektryczne będą stanowić 40 procent oferty marki, trafił do kosza. Obecnie poza modelem Luce firma nie planuje wprowadzać na rynek żadnego innego samochodu w pełni elektrycznego.

Zdaniem komentatorów Vigna, chwaląc Muska, próbuje w rzeczywistości załagodzić własne porażki i pośrednio uzasadnić decyzję o wejściu Ferrari w segment elektryczny w ogóle. Wynik tej strategii mówi jednak sam za siebie – to Ferrari miało pokazać technologię rodem z Marsa, a Tesla miała dostarczyć elektryczną biedę w dziwnej karoserii. Stało się dokładnie odwrotnie: Tesla udowodniła, że ciekawy sportowy elektryk da się zbudować, podczas gdy Ferrari zupełnie nie wiedziało, jak się do tego zabrać, i skonstruowało, zdaniem krytyków, kompletną pomyłkę.

Fala oburzenia wśród fanów marki

Wśród tifosi pochwała Vigny pod adresem Tesli wywołała skrajną falę niezadowolenia i mnóstwo sarkastycznych komentarzy. Dla najbardziej zagorzałych fanów Ferrari słowa szefa stały się przysłowiową kroplą, która przelała czarę goryczy w i tak już napiętej atmosferze wokół marki. Na forach dyskusyjnych i w mediach społecznościowych Vigna zbiera krytykę przede wszystkim za dwa powody.

Dla wiernej społeczności nie do pomyślenia jest, by szef tak ikonicznej marki jak Ferrari publicznie składał hołd amerykańskiemu debiutantowi, kojarzonemu wcześniej głównie z produkcją „lodówek na kółkach”. Komunikat „10 z 10 dla Tesli” odbierany jest jako publiczne przyznanie się do technologicznej kapitulacji i potwierdzenie, że Maranello straciło zdolność wyznaczania trendów. Jeden z popularnych komentarzy na forach motoryzacyjnych ujął to dosadnie: „Tesla da nam latający samochód w tym samym roku, w którym Ferrari przedstawia Luce…”.

Tradycyjna społeczność fanów nie zostawia na Vigni suchej nitki, zarzucając mu, że pod jego kierownictwem Ferrari odeszło od własnych korzeni. Zamiast ryczących dwunastocylindrowych silników marka związała się z projektantami od Apple ze studia LoveFrom, czego efektem jest drogi i nieatrakcyjny crossover wart pół miliona euro. Były szef Ferrari, Luca di Montezemolo, określił ten projekt mianem „niszczenia dziedzictwa marki”. W sieci fani zakładają nawet ironiczne hasztagi w rodzaju #StopLuce, nazywając nowość zwykłym sprzętem domowym, a nie prawdziwym Ferrari.

Próba Vigny, by zaprezentować się jako wizjoner doceniający innowatorów, zdecydowanie nie trafiła do fanów marki. Odbierają ją raczej jako ukrytą zawiść menedżera, który doskonale wie, że jego własny projekt elektryczny stał się tematem żartów w całej branży motoryzacyjnej.