Samochody elektryczne 5 min czytania

Tesla odmawia zwrotu zaliczek na Roadstera sprzed 9 lat. Chce dać ludziom zupełnie inny samochód

nowa tesla roadster
Fot. Tesla

Tesla odmawia zwrotu zaliczek wpłaconych przez klientów w 2017 roku na drugą generację modelu Roadster, mimo że prezentowany niedawno pojazd nie ma już nic wspólnego z pierwotnie obiecanym samochodem. Firma Elona Muska twierdzi, że stare rezerwacje nadal obowiązują, choć od wpłaty minęło już dziewięć lat i nie dostarczono dotąd ani jednego egzemplarza. Sprawa nabrała rozgłosu po publicznych skargach znanych osobistości, w tym szefa OpenAI Sama Altmana.

Dziewięć lat czekania i zero samochodów

Gdy w normalnym świecie klient zamawia produkt u poważnej firmy na podstawie prezentacji prototypu i wpłaca zaliczkę, nikt nie oczekuje, że po latach odbierze gotowy produkt, jeśli ten drastycznie różni się od pierwotnych zapowiedzi. W takiej sytuacji klient zwykle domaga się zwrotu pieniędzy, a firma przeprasza i dziękuje za zaufanie, licząc na kolejną szansę w przyszłości.

W świecie wizjonera Elona Muska obowiązują jednak zupełnie inne reguły. Boleśnie przekonali się o tym ci, którzy już w 2017 roku wysłali Tesli pokaźną zaliczkę w wysokości 50 000 dolarów – a niektórzy nawet całe 250 000 dolarów za limitowaną edycję Founders Series – na zaskakująco wówczas zaprezentowaną drugą generację Roadstera. Już w 2023 roku żartowano, że firma zebrała wtedy tłuste zaliczki, a przez sześć lat nikomu nic nie dostarczyła. Nikt jednak nie przypuszczał, co jeszcze nastąpi.

Dziś mamy rok 2026, a od wielkiej prezentacji minęło aż dziewięć lat. W tym czasie inne marki zdążyły opracować, wyprodukować i sprzedać całe generacje samochodów, a nawet wprowadzić ich następców. Co w tym czasie otrzymali wierni klienci Tesli? Nic. Pierwotny Roadster stał się martwą gałęzią rozwoju, a niedawno zaprezentowany model to zupełnie inny samochód. Tesla ponownie zbiera za niego zaliczki – i ponownie nie obiecuje nic konkretnego.

Zamiast sportowego auta – rakietowe silniki

Logiczne byłoby, gdyby firma zaoferowała pierwotnym zainteresowanym zwrot zaliczki na Roadstera II w jego pierwszej odsłonie lub przeniesienie wpłaty na drugą iterację pojazdu. Nic takiego jednak nie proponuje – poza, jak to określono, „lekcją marketingu”.

Cała sytuacja zyskała wysoce komiczny, choć dla wpłacających raczej gorzki wydźwięk po niedawnym spektakularnym ujawnieniu nowej wersji auta. Po latach milczenia Tesla pokazała Roadstera w zupełnie nowym świetle – model zaprezentowany w 2017 roku i maszyna prezentowana dziś praktycznie nie mają ze sobą nic wspólnego. Zamiast obiecanego wcześniej elektrycznego samochodu sportowego typu targa o ekstremalnej dynamice, Musk opowiada dziś o wbudowanych silnikach rakietowych od SpaceX, lataniu i manewrach powietrznych.

Wystarczy sobie wyobrazić: w 2017 roku ktoś chciał eleganckie auto na weekendowe wyjazdy, więc bez odsetek pożyczył Muskowi 50 tysięcy dolarów. Przedsiębiorca obracał tymi pieniędzmi przez dziewięć lat, by dziś oznajmić, że być może – i słowo „być może” jest tu kluczowe – w 2028 roku sprzeda mu jakiś pojazd rodem z science fiction, który będzie latał wokół jego domu mniej więcej tak długo, jak długo potrwa przychylność żony po miesięcznym poście.

„Lecicie w tym razem z nami”

Można by pomyśleć, że w takiej sytuacji „najcenniejszy koncern motoryzacyjny świata” po prostu przeprosi i zwróci pięćdziesiąt tysięcy dolarów, bo dla miliardowej korporacji to przecież drobne. Tesla komunikuje jednak klientom coś zupełnie innego – że w nowym-nowym Roadsterze lecą razem z firmą za własne pieniądze, czy tego chcą, czy nie.

Asif Khan, szef amerykańskiej agencji informacyjnej Shacknews, który zarezerwował pojazd w 2017 roku, zwrócił uwagę w mediach społecznościowych firmy na brutalną rzeczywistość ukrytą w amerykańskich warunkach umownych Tesli. Przyznaje, że nowy Roadster jest interesujący, ale on chciał innego samochodu – odpowiadającego temu pierwotnemu – więc stracił zainteresowanie. Mimo to Tesla nie przychyliła się do jego prośby o anulowanie rezerwacji.

Jak się okazuje, gdy klient przejdzie choćby wstępny proces specyfikacji lub konfiguracji, możliwość łatwego anulowania online znika. Najbardziej kuriozalne jest jednak to, że nowe, zaktualizowane warunki dla osób, które chciałyby dziś dołączyć do kolejki, zawierają wyjątkowo bezczelną klauzulę. Tesla stwierdza w niej wprost: „Nie możemy zagwarantować, kiedy Twój pojazd zostanie faktycznie dostarczony ani czy w ogóle zostanie dostarczony”.

Tysiące za miejsce w kolejce bez gwarancji

Tak, to nie pomyłka. Klient płaci tysiące dolaró za to, by zająć przybliżone miejsce w kolejce po samochód, który może nigdy nie powstać. A jeśli komuś się to nie podoba? Nikt przecież nie zmuszał go do złożenia zamówienia.

Zachowanie Tesli po raz kolejny budzi zdumienie. To, że firma o tak ogromnej kapitalizacji rynkowej bierze swoich najwierniejszych fanów za zakładników i odmawia normalnego zachowania w sytuacji, gdy przez dziewięć długich lat całkowicie zmieniła zapowiadany produkt, jest po prostu skandaliczne.

Szczytem wszystkiego są jednak koszty utraconych korzyści. Analitycy finansowi wyliczyli, że gdyby nabywca w 2017 roku zamiast wpłacać Tesli zaliczkę w wysokości 250 000 dolarów za edycję Founders Series, zainwestował tę kwotę w akcje spółki, dziś miałby na koncie od około 17 do 18 razy więcej. Zamiast milionera siedzącego na stosie pieniędzy jest jednak jedynie szeregowym oczekującym na legendarny pojazd z silnikami rakietowymi, który również „wcale nie musi zostać dostarczony”.

Sam Altman walczył z Muskiem na X

O tym problemie wie doskonale również szef OpenAI Sam Altman, który niedawno ze złością anulował swoją rezerwację z 2018 roku. Kiedy próbował wysłać Tesli e-mail z żądaniem zwrotu 50 tysięcy dolarów, otrzymał automatyczną odpowiedź, że adres do rezerwacji już nie istnieje. Dopiero po publicznej wymianie zdań z Muskiem na platformie X sprawy ruszyły z miejsca, a Elon niechętnie ustąpił. Zwykły śmiertelnik nie dysponuje jednak taką siłą przebicia.

Pozostaje więc tylko stwierdzić: witamy w świecie Elona, gdzie pieniądze klientów służą jako nieoprocentowane, wielomiliardowe pożyczki na realizację chłopięcych marzeń jednego technologicznego magnata. A jeśli komuś się to nie podoba, może iść poskarżyć się co najwyżej na rodzinnej uroczystości.